Oprawa Ambrotypów – Mokrego Kolodionu

•5 listopada 2017 • 2 Komentarze

Często ludzie, którym robię zdjęcia pytają mnie jak oprawić takie szkiełko, żeby ładnie sie prezenowało. Opowiadam im wówczas o historycznych ramko szkatułkach, by wiedzieli, że kiedyś nawet zwyczajna ramka na zdjęcia była swego rodzaju dziełem sztuki. Nie to co dzisiejsze antyramy. Ramko szkatułki to takie pudełeczka książkowe z wytłoczonym na okładce wzorem, w środku zaś powleczone aksamitem lub innym fajnym materiałem. Zdjęcie w tej szkatułce zazwyczaj było umiesczone za mosiężną ranką z blaszki z wytłoczeniami. Oczywiście, w zależności od okresuu wykonania, wzornictwo było różne. Z resztą po wzornictwie tych mosiężnych ozdób można w przybliżeniu datować zdjęcia schowane w takiej szkatułce. Owe opakowanie miało kilka warstw. Do szkatułki na dno wkładano czarny papier, lub czarny aksamit lub jedwab (by z negatywu kolodionowego wydobyć pozytyw). Potem wkładano szklane zdjęcie emulsją do góry, czyli w stronę patrzącego, po czym kładziono ozdobną ramkę mosiężną z róznymi ornamentami. Na ramkę nakładno ochronne szkło i brzegi całości „owijano”  w mosiężną ramkę – klamrę. Tak przygotowane zdjęcia w ramko-szkatułkach albo noszono przy sobie, jeśli były to zdjęcia w mniejszych formatach, lub stawiano np na kominkach czy komodach.

Dziś ludzie niekoniecznie chcą zapłacić za taką oprawę swojej fotografii, dlatego też opiszę tu sposób, który stosuję na swoje oprawy wystawowe. Polecam ten sposób oprawy również moim modelom i modelkom. Nie ma to jak ładnie oprawione zdjęcie na ścianie.

Musimy mieć ramę z surowego drewna, można je kupić na allegro. Rozmiar ramy proponuje by był proporcjonalnie większy od zdjęcia. Np. dla zdjęć 30x25cm dobieram ramy o rozmiarach wewnętrznych rzędu 40x35cm, po to by zostało miejsce na „oddychanie” zdjęcia w rzeczonej ramie. Do takiej ramy docinam ze sklejki plecy i montuję w ramę. Całość maluję na kolor czarny niepełny, tzn taki spod ktrego wystają słoje drewna. Potem kładę w środek szklaną płytą i ustawiam idealnie w środku, tak by z każdej strony oddech był taki sam. Zaznaczam w narożnikach miejsca na wywiercenie otworów montażowych. Wiercę otwory adekwatne do wcześniej zakupionych śrub mosiężnych z nakrętkami. M4 w zupełności wystarczą. Kładę płytę, wkręcam sruby tak, by ich łby blokowały szkła przed wypadnięciem z ramy. Dokręcam od tyłu nakrętki i cieszę się z udanie oprawionego zdjęcia.

17097990_1419638608086914_6075121170653172827_o

A tak wyglądają na wystawie 🙂

17884496_1623602821001333_3319542797387998557_n

 

Reklamy

Warsztaty „Mokry Kolodion” w ZPAF w Warszawie

•24 października 2017 • Dodaj komentarz

Długa przerwa panowała ostatnio na blogu. Takie życie, jak mawiają najstarsi górale z Pomorza. Dużo zmian na lepsze, żadnej na gorsze, więc chyba jestem usprawiedliwiony.

Jakiś czas temu prowadziem dla Studium Fotografii ZPAF w Warszawie warsztaty z procesu Mokrej Płyty Kolodionowej. Warsztaty jedodniowe, mające na celu ukazanie osobom zainteresowanym procesem, na czym on polega, jak się go wykonuje, co można dalej z takim szkiełkiem wyjętym z aparatu zrobić. Całość zrobiliśmy w ZPAF w Warszawie na pl. Zamkowym, gdzie jest dobrze wyposażona ciemnia. Na tarasie za budynkiem zorganizowaliśmy na prędce atelier ze światłem dziennym, by jak najlepiej oddać klimat ówczesnej XIX wiecznej fotografii.

Zacząłem od przedstawienia się po czym od razu rozpoczęliśmy szybki rys historyczny procesu, a zaraz potem opowiedziałem o jego etapach, potrzebnych odczynnikach, pułapkach, wadach i zaletach. Uwielbiam patrzeć na słuchaczy, którzy z niedowierzaniem słuchają, że można zrobić zdjęcie na szkle i to w tak banalnie prosty sposób jakim jest mokra płyta kolodionowa.

Przystąpiliśmy do pierwszych zdjęć. Oczywiście na początku, jak zawsze, zrobiłem zdjęcie pokazowe, a potem z każdym kursantem przeszedłem pełny proces zdjęciowy od oblania kolodionem do utrwalenia obrazu.

Ryj mój kaprawy na szkle pokazany 😉

Później każdy z obecnych coraz mniej potrzebował mojej pomocy, a ja mogłem skupić się nad wymyśleniem niespodzianki dla uczestników warsztatów. Ponieważ zdjęcia robiliśmy na szkle bezbarwnym, postanowiłem, że po zrobiebieniu przez wszystkich ujęć i ich wysuszeniu, wykonamy odbitki na papierze barytowym. Nie była to wprawdzie albumina, ale chciałem pokazać, że można bez więksych ceregieli zrobić odbitkę stykową nawet na normalnym, współczesnym papierze fotogrficznym.

stykówki z negatywów 5×7 cala,

 

Ogromne podziękowania za możliwoość przeprowadzenia tych warsztatów przesyłam Pani Jolancie Rycerskiej, prezes ZPAF, oraz Mateuszowi Skoniecznemu, Łukaszowi Gietce i Gregowi Ostrowskiemu.

Przeszłości szepty niezwykłe w zamojskiej Galerii Ratusz

•16 kwietnia 2017 • Dodaj komentarz

Projekt „Przeszłości Szepty Niezwykłe” jest próbą odtworzenia XIX wiecznych obrazów i plenerów miast, majątków ziemskich, pałaców wraz z ich mieszkańcami i gośćmi. Nasi bohaterowie zostają dzięki technice zdejmowania obrazu z natury metodą mokrego kolodium (z 1851 roku) oraz dzięki stylizowanym strojom i rekwizytom przeniesieni do XIX stulecia. Dodatkowo, każda zdjęcie z natury na szklanej tafli opisane jest mniej lub bardziej wyimaginowaną historią, która dopełnia treść obrazu i jednocześnie jest wyobrażeniem autora „kogo takie zdjęcia z natury mogłyby w przeszłości przedstawiać”.

O wystawie, zorganizowanej przez Zamojskie Towarzystwo Fotograficzne, rozmawialiśmy dość długo. Zaczęło się wszystko od pokazania kilku płyt w czasie jednego ze spotkań ZTF jeszcze w 2014 roku i warsztatów jakie zrobiłem z techniki Mokrego Kolodionu członkom towarzystwa. Wtedy powstał pomysł pokazania prac z projektu szerszej widowni, ale nie było jeszce odpowiednio dużo materiału, potem nie było czasu żeby to wszystko spiąć w jedną całość. W końcu się udało zgrać czasoprzestrzenie i zsynchronizować zegarki atomowe, czego efektem było ustalenie czasu i miejsca 🙂

Do wystawy wybrałem 16 zdjęć, które oprawiłem w piękne sosnowe, malowane ciekawą farbą ramy. Pierwotnie oprawy miały być czarne hebanowe, jednakże, po pomalowaniu ich rzeczoną „hebanową” farbą okazało się, że kolor ten to nawet w pobliżu hebanu nie leżał. I bardzo dobrze się stało, bo dzięki temu uzyskałem fakturę słojów sosny na czarnych ramach co zdecydowanie poprawiło mi humor, a po zobaczeniu finalnego efektu malowania próbnego pierwszej ramy, uznałem, że pierwszy pomysł był nietrafiony.

Przygotowania do wystawy zbiegły mi się z opóźnionym remontem w domu do było tragicznie w skutkach dla remontu :). Powoli, ale skutecznie, pomalowałem ramy i plecy ram wspomnianym, czarnym mazidłem, nawierciłem otwory pod mocowanie płyt, zmontowałem całość i rozpocząłem montowanie zdjęć.

Oprawione zdjęcia zawieźliśmy do Zamościa, gdzie w kilkadziesiąt minut powiesiliśmy je w galerii i czekaliśmy w kawiarni, rozprawiając o stanie teraźniejszej fotografi, na rozpoczęcie wernisażu.

A wernisaż, jak to wernisaż, dużo ludzi, dużo wina, dużo pytań i odpowiedzi. Ciekawie było bardzo. To bardzo budujące dla autora, gdy ludzie są naturalnie zainteresowani tym co robi, jak robi i skąd się wziął pomysł na tego typu projekt. Zazwyczaj pada pytanie, po tym jak goście przeczytają zakładkę „o mnie” w folderze wystawy, jak godzę bycie inżynierem mechanikiem z tego typu fotografią, twierdząc, że to niesamowite, połączyć w zainteresowaniach zero jedynkowy świat mechaniki z wielotonowym światem fotografii. Nie wiem jak mi się to udało, ale działa więc nie ruszam, by nie zepsuć 🙂

Ok, starczy gadania. Poniżej zdjęcia z wernisażu.

 

 

 

 

 

i na koniec ja. Cały na biało 😀

Dziękuję Zamojskiemu Towarzystwu Fotograficznemu za zorganizowanie wystawy i za wspaniałe przyjęcie mnie pod skrzydła Galerii. Mam nadzieję, że wkrótce znów sie spotkamy. 🙂 Zapraszam wszystkich do śledzenia fanpageu projektu „Przeszłości Szepty Niezwykłe” gdzie publikujemy nowe zdjęcia i nowe historie o naszych bohaterach.

Autorem zdjęć jest Wojciech Kapuściński z ZTF.

Kolorowane odbitki retro

•15 kwietnia 2017 • Dodaj komentarz

Minęło sporo czasu od ostatniego posta, ale sezon fotograficznie martwy. Zimno i mało światla na kolodiony, choć są ludzie, którzy to robią zimą, ale ja wolę grzać dupsko w ciemni przy powiększalniku. Jeszcze we wrześniu zrobiłem z RetroAtelier sesję foto warszawskiej grupie reko. Poza tym, że lekko zbyt optymistycznie przyjąłem czułość starych przedepokowych negatywów, to jeszcze je wywołałem w kontrastowym wywoływaczu. Efekt taki, że światła gęste jak smoła w zimie, a cienie słabe jak Janko Muzykant tuż przed zejściem z tego padołu. Oczywiście, udaje się uratować to i owo pod powiększalnikiem metodą splitgradingu, niemniej czas jaki trzeba na to poświęcić powoduje, że mi się średnio chce :). Ale po kolei te foty odbijam z negatywu 4×5 cala do obrazu na barycie Ilforda wielkości mniej więcej 10×12 cala. Potem, koloruję je metodą poznaną od pewnego sympatycznego fotografa z Warszawy. Nie powiem, czasochłonne to, ale histrycznie zgodne podobno. Podoba mi się ta nowa technika i chyba wraz z RetroAtelier pójdziemy tą drogą, bo kolodion już nudny, wszyscy go już robią, bo stał się popularny, a ja nie lubię robic tego, co reszta. Poza tym, umiem już zrobić emulsję i szklane negatywy, które nie wymagają tachania ze sobą ciemni, a efekt tonalny mają niemal identyczny co kolodion, z uwagi na właściwość halogenków, którymi pokrywam szkło przy negatywie. Z kolodionu też można odbić ładne zdjęcie i pokolorować, więc może będziemy hybrydy robić, a może same negatywy :]

Na koniec kilka próbek. Jestem z nich zadowolony, choć wciąż ulepszamy warsztat :]

sm_mg_9822-1

sm_mg_9972-1

sm_mg_9978

Zatem myślę, że teraz będzie więcej koloru w projekcie „Przeszłości Szepty Niezwykłe”. Nowy sezon za pasem, wiosna przyszła, czas uzbrajać atelier w tła, zasłony, blendy itp. Niedługo nowe, mam nadzieję, równie co ostatnio, ciekawe zdjęcia.

Stay tunned.

American Civil War – backstage

•22 grudnia 2016 • Dodaj komentarz

Słońce tego popołudnia świeciło mocno, jakby chciało ogrzać tych wojaków, którzy przyszli do Taylora utrwalić swoje podobizny. Gdy fotograf zaprosił ich do atelier, nie pytał o powód. Wszyscy robili sobie zdjęcia i Martin Tylor był jednym z niewielu, którzy mieli szansę wzbogacić się na tej wojnie. Ich podobizny na szkle, buńczucznych i przekonanych o własnej odwadze, wędrowały do salonów, a odbitki dla rodziny, do Biblii i na etażerki. Czasem pisali z tyłu „dla mojej drogiej Amy, słońca moich dni”, jak ten chłopak od Needhamów, za młody, by iść na wojnę. „Za młody na śmierć” myślał Taylor sadzając Matthew do kolejnego zdjęcia, na którym młodziak prężył się prezentując bagnet lśniący w wiosennym słońcu. „Oby wrócił” westchnął sadzając na fotelu Thomasa, którego znał od dziecka. „Po co on się zaciągnął” – zastanawiał się patrząc, jak stary Stanhope dumnie pręży pierś, na której Tylor widział już odznaczenia i ordery…

Taylor był w jego wieku, a na dodatek kulał, co go broniło i przed pokusą zaciągu na ochotnika, i przed poborem. Żył z robienia zdjęć, spokojnym życiem człowieka, który wiele już widział i który niczemu się nie dziwi. Widział pary młodożeńców, którzy umierali rok po roku na suchoty, dzieci którym nigdy nie zrobił zdjęć jako dorosłym i starców, którzy utrwalali na jednym jedynym zdjęciu wszystkie zmarszczki i doświadczenia minionego życia. Lubił fotografować damy lekkich obyczajów, przekonane o swojej elegancji tandetne ślicznotki, których urok przemijał wraz z młodością, a który on zatrzymywał na odbitkach sprzedawanych potem za trzydzieści centów za sztukę tym wszystkim opasłobrzuchym bogobojnym baptystom osiadłym w dolinie Shenandoah. Teraz jego ulubionym zajęciem stało się fotografowanie żołnierzy idących na tę bezsensowną wojnę, która nic go nie obchodziła i której skutki potrafił ze spokojną pewnością przewidzieć, nim się na dobre zaczęła.

Nabrał brzydkiego zwyczaju zachowywania po jednej odbitce dla siebie, trzymał je rozwieszone w studio za kotarą, gdzie przygotowywał odczynniki i zaklejał kirem kolejne sylwetki, gdy dowiadywał się o ich śmierci, próbując ująć w system prawidłowości te przekonania, jasne i nagłe jak błysk, które miewał gdy patrzył na modela przez szkło obiektywu: że ten umrze, a tamten żyć będzie.

Zdjęcia pochodzą z sesji fotograficznej „American Civil War”, która odbyła się 25 września 2016 r. w studio fotograficznym Retro Atelier Marcin Szwaczko z udziałem członków Lafayette Rifle Cadets, kompania K14th Louisiana Infantry Regiment.

 [msz],[ah]

Backstage:
bckst3
<>
bckst1
 <>
bckst4
 <>
bckst2

więcej zdjęć wraz z historiami żołnierzy Konfederacji znajdziecie na stronie Retro Atelier

<<——->>

zdjęcia: Retro Atelier – Marcin Szwaczko,
zdjęcia z backstage: Anna Haładyj, Sebastian Grey.
Teksty: Anna Haładyj.
Za pomoc w dotarciu do źródeł historycznych i konsultacje merytoryczne autorka tekstów dziękuje Sebastianowi Grey.

Zabawa z Voigtlanderem

•29 sierpnia 2016 • Dodaj komentarz

Dawno temu dostałem w prezencie złom aparatu 9×12 Voigtlandera. Bez obiektywu, ale za to z matówką i jedną kasetą na szklany negatyw, ale z wkładką na szitkę filmu. Mam od jakiegoś czasu, od kolegi z Wawki negatywy w rolce, które można dociąc na dowolny wymiar. Negatywy te mają jeszcze jeden ważny atut. Produkują krzywą charakterystyczną dla zdjęć z początków XX wieku, co w zespole z moim atelier przeszklonym z boku i góry miało w założeniu dać dobry, ciekawy obraz.

Zjawił się u mnie znajomy na sesję kolodionową, ale przy okazji zrobiliśmy 3 zdjęcia na tych negatywach. Założyłem że toto ma 3ISO. Błąd. Nie robiłem ponownych testów, ale po wywołaniu można powiedzieć, że negatyw ma na pewno czułość większą niż owe 3ISO. Sprawdzę to przy okazji. Fajnie by było, gdyby się okazało, że owe szaleństwo ma czułość rzędu 25ISO. Byłby czad. Ale pewnie się skończy w granicach 12ISO.

Do aparatu, przed sesją, założyłem obiektyw Rodenstock Trinar Anastigmat 13,5cm/f4,5. Matówka ciemna, ciężko złapać ostrość, a lupki do ostrzenia też nie bardzo się daje przyłożyć z uwagi na materiałową niezdejmowalną, składaną osłonę.

Negatyw po wywołaniu był kontrastowy – ale jak mówiłem, został źle naświetlony.

neg

Pozytyw:

poz

Podoba mi się. Chyba się przesiądę na te negatywy zamiast kolodionu 😉

 

Lipiec 1866

•27 lipca 2016 • Dodaj komentarz

Jeszcze przed Bożym Narodzeniem 1865 roku, lubelski fotograf otrzymał list z zapytaniem, czy można przyjechać w letniej porze na zdjęcie kilku portretów z natury za pomocą światła, kolodium i kamery ciemnej. Odpisawszy zaproszeniem do wizyty w atelier, oczekiwał spokojnie przybycia panienki z dalekiej Silesii. Nastał parny i gorący lipiec, zupełnie zwyczajny jak się mogło wydawać, choć bliżej mu było do sierpnia. Koleją żelazną na dworzec w Lublinie owa panienka przybyła, by tam zostać osobiście przez fotografa powitana. Powozem zaprzęgniętym w białego konia, pojechali do atelier dziennego, gdzie przyszło im utrwalać obrazy. Atelier znajdowało się za domem, można było do niego wejść od frontu i przez ogród z tyłu. A ogród o tej porze roku przepięknie zapachem swój przepych okazywał.

Fotograf płytę pierwszą przygotował, płytę na której osiadłe, na światło podatne kryształy srebra pragnęły być wystawione na działanie odbicia panienki przepuszczonego przez szklane oko obiektywu Petzval’a. Już za chwilę, już za kilka chwil fotograf odsłoni zamkniętą w drewnianej kasecie szklaną taflę, by później, uprzedziwszy panienkę o konieczności pozostania w bezruchu, odkryć zasłonę obiektywu, przez kilka sekund na działanie odbicia panienki z Silesii wystawić srebrne kryształy, zawieszone w szaro kremowej mazi, przyklejonej z lekka i delikatnie do szklanej tafli. Obraz został zdjęty, aczkolwiek wciąż niewidzialny dla oka ludzkiego, wciąż schowany w zamkniętej, szczelnej od światła kasecie aparatu. Fotograf bardzo rzadko klientów swoich do ciemnicy zabiera, by pokazać kawałeczek swojego warsztatu. Tym razem postanowił zrobić wyjątek, sam nie wiedział dlaczego. Panienka uprzedzona została, że chemikalia wszelakie używane do zdejmowania obrazów z natury są albo bardzo w zapachu nieprzyjemne, albo trujące wielce i lepiej ich nie kosztować ani też nie dotykać, bo przykładem pierwszym z brzegu pokazując, taki saletran srebra zabarwić wszystko na czarno potrafi, a wywabić go trudno niezmiernie, a czasem i niemożliwie. Zniknęli więc w ciemnej pracowni, gdzie przy blasku świecy, fotograf wyjął z kasety kremową taflę szklaną i wziąwszy flaszeczkę z witrynolem żelazowym w sekretnej cieczy rozpuszczonym oblał płytę butelczyny zawartością, co niemal natychmiast spowodowało, że kremowa maź zamieniać się zaczęła i wyraz negatywu do tej pory utajony, zamknięty cicho w tafli, na świat rodzić się zaczął. Później cyjanek potasu zjadał niezmienione światłem partie obrazu, odkrywając zamknięty wewnątrz pozytywowy widok.

Gdy tylko werniks, wspaniale pachnący z domieszką olejku lawendowego, na obraz wylany został, a nadmiar tegoż spłynął powoli do fiolki, obraz ustawiony do wyschnięcia został.

sm_MG_9630